E.
Co się da, wykorzystamy z motocykla. Silnik, bak,
rozrusznik, układ wydechowy, nawet koła i kardana jakoś się zaadaptuje. Rozłożenie
motocykla na części zajmuje nam pół dnia. Tadi w tym czasie jakimś cudem
załatwia wózek, dwukółkę, którą damy radę dociągnąć to wszystko do tartaku. Nie
wiem co dalej. To wszystko to jakaś partyzantka. Tadi zajmuje się sobą. O dziwo
wydaje się mnie nie potrzebowąć. Ja spędzam czaz z Valienem na tym, co obaj
lubimy. On kocha ten motocykl całym sobą i zna go na wylot. Nie wiem ile razy
go składał i rozkładał ale idzie mu to zdecydowanie sprawniej, niż mi, mimo, że
zawsze miałem smykałkę do mechaniki.
- Jak ty to robisz? – pytam go w końcu patrząc na to jak
sprawnie odłącza wydech od cylindra.
Spogląda na mnie i uśmiecha się półgębkiem
- Znam ten motor na wylot. To włoskie dzieło - mówi to z
przekąsem – i jak uwielbiam go jak nie wiem co, tak niestety musze przyznać, że
ścigacz Phoenix jest bardziej niezawodny. – patrzę na niego z powątpiewaniem,
więc szybko dodaje - Nie zamieniłbym się za nic, żeby nie było, lubię go, nawet
bardzo, ale niezawodny to on nie jest.
- A my mamy tym lecieć – zaczynam się śmiać. Val dołącza po
chwili. Obaj śmiejemy się z siebie, ale obaj wiemy, że nie mamy wyboru. To
jedyny sposób, w jaki możemy się dostać na miejsce w krótkim czasie. Mamy do
przebycia znacznie dalszą drogę, niż oni mieli. Kiedy się od nich odłączyliśmy,
jechaliśmy w przeciwnym kierunku.
- Damy radę – klepie siodło motocykla. – Nigdy mnie nie
zawiódł, kiedy naprawdę go potrzebowałem. Nawalał, jak było mi wszystko jedno.
Ogarniemy.
Tadi podchodzi do nas z sukienką wypełnioną truskawkami,
które uzbierała na pobliskim polu. Wzrok ma nieobecny, ale jakimś cudem ogarnia
funkcjonowanie. Zaczynam myśleć, że może trochę za bardzo ją niańczę na
codzień, ale nigdy nie wiem kiedy będzie mnie potrzebować. Tłumaczęsię sam
przed sobą. Prawda jest taka, że ona nie potrzebuje mnie aż tak, jakbym chciał,
żeby mnie potrzebowała.
Rzucamy z Valienem klucze i śrubokręty, wycieramy ręce o
spodnie, jak na komendę i rzucamy się na truskawki. Cały dzień nic nie
jedliśmy, jesteśmy wygłodniali i z radością przyjmujemy dar Tadi.
Tadi usiadła po turecku nogami i rozłożyła suknię z
truskawkami w zagłębieniu stworzonym przez skrzyżowane nogi. My usedliśmy
naprzeciwko niej i co chwilę sięgamy garściami w jej kierunku i pakujemy truskawki do buzi.
- Chyba nie będę mógł spojrzeć na truskawki przez najbliższy
rok – odzywa się w końcu Valien. Podzielam jego zdanie. Najedliśmy się strasznie,
ale monotonna dzieta to nie jest to co którykolwiek z nas lubi. Na dziś musimy
niestety przeżyć z tym, co mamy. Nie pójdziemy do lasu po inne jagody, bo to
niebezpieczne. Jest jak jest.
Pod wieczór wszystkie części, które będą nam potrzebne, mamy
już załadowane na dwukółkę. Ruszamy w stronę tartaku. Zastajemy właściciela w
ostatniej chwili, już miał zamykać. Patrzy na nas zdziwiony. Wyjaśniam mu o co
nam chodzi, co planujemy zrobić i obserwuję, jak wyraz jego twarzy robi się coraz
bardziej drwiący.
- Więc chcecie zbudować drewniany samolot z silnikiem który
lezy na tym wózku i chcecie nim we trójke dolecieć gdzieśtam, zgadza się? –
patrzy na mnie z powątpiewaniem.
Kiwam głową. Val się nie odzywa na wszelki wypadek. Tadi
stoi z tyłu i wtula twarz w moje plecy.
- I potrzebujecie mojego tartaku i mojego drewna tak? –
pyta, a kiedy kiwam głową dodaje – I nie macie czym zapłacić, zgadza się? –
znowu przytakuję. Czuję, że tracę grunt. Nie mamy szans. Wtedy odzywa się Val.
- Nie wierzysz, że nam się uda, prawda? – widzę, jak twarz
właściciela tężeje, kiedy Ogień zaczyna do niego mówić na ty, ale Val nic sobie
z tego nie robi i kontunuuje – zróbmy zatem zakład – poruszam się niespokojnie,
ale Val mrosi mnie spojrzeniem – jeśli zbudujemy samolot, który poleci, dasz
nam materiały i halę do dyspozycji za darmo. Jeśli nie poleci, zostaniemu tu i
będziemy dla ciebie pracować tak długo, jak tego zechcesz...
Widzę, że właściciel przez chwilę się zastanawia, ale w
końcu przystaje na warunki.
- Możecie zostać na noc w warsztacie – mówi – Zamknę was od
zewnątrz – dodaje i odchodzi.
Takie rozwiązanie nam pasuje. Zaczynamy się rozglądać po
warsztacie. Sprawdzamy maszyny, co jest gdzie, znajdujemy skład materiałów i
powoli zaczynamy się czuć jak u siebie. Tadi wygrzebała gdzieś jakieś szmaty i
zrobiła z nich prowizoryczne posłanie na którym powinniśmy się zmieścić we
trójkę, ale ani ja ani Val nie mamy zamiaru się kłaść. Chcemy się od razu brać
za robotę.
Po pierwszych próbach okazuje się, że większość maszyn jest
rozkalibrowana i tolerancję mają raczej na słowo honoru, bo jeśli próbujemy
uciąć 50 cm a wychodzi 55 to raczej coś jest nie tak... Nie mamy wyboru, całą
noc spędzamy na naprawianiu i kalibrowaniu maszynerii. Kończymy kiedy zaczyna
świtać. Kładziemy się na kilka godzin, żeby chodziać widzieć co robimy. Budzi nas
właściciel, kiedy przychodzi do pracy.
- Widzę, że nie próżnowaliście – mówi, tuż po ucięciu
pierwszej deski – skalibrowaliście wszystko, czy tylko to? – pyta.
- Skalibrowaliśmy, naostrzyliśmy, nasmarowaliśmy i
naprawiliśmy to co nie działa – mówi Val, wyliczając na palcach dokonania
ostatniej nocy i zbierając dla nas punkty na przyszłość, ale właściciel tylko
prycha pod nosem.
Staramy się nie wchodzić mu w drogę. Pracujemy na tych
maszynach, których on akurat nie używa. Koło południa wychodzi na chwilę, a
kiedy wraca, niesie duży kosz. Stawia go na ziemi.
- to podziękowanie za waszą pomoc – mówi do nas i idzie
pracować.
Spoglądam na Valiena, a potem na Tadi. Wzruszam ramionami i
podchodzę do kosza. Otwieram go. W środku jest kawałek pieczonego boczku,
trochę chleba, pęto kiełbasy i termos z gorącą herbatą. Są też talerze, kubki i
sztućce. Rzucamy się na jedzenie nie bardzo patrząc co się dzieje dookoła nas. Kiedy
kończymy, zauważam, że właściciel stoi za nami i przygląda się nam badawczo.
- Rozumiem, że zapłata przyjęta – mówi uśmiechając się lekko,
a ja zaczynam mieć wrażenie, że jego stosunek do nas powoli się ociepla.
Wieczorem wychodzi do domu. Zostawia nam kosz z resztkami
jedzenia.
Tym razem pracujemy z Valienem całą noc. Sytuacja powtarza
się przez kolejne dwa- trzy dni. Wlaściciel przynosi nam jedzenie, a my w
zamian pomagamy mu trochę przy maszynerii. On dyskutuje z nami o gatunkach
drewna które nejlepiej uzyć na skrzydła i na kadłub. Zna się na drewnie jak
nikt na świecie, my znamy się na żelastwie, więc pomagamy mu jak możemy.
Ostatniego dnia rano, po otwarciu drzwi do warsztatu
właściciel staje jak wryty. Stoi przed nim gotowy samolot. Ma śmigło ze
znaczkiem Guzzi na centralnym elemencie. Napęd na wał kardana, cylindry wystające tuż za śmigłem – to patent
Valiena – Guzzi jest chłodzony wiatrem i nie mogliśmy ukryć silnika. Po minie
właściciela wnioskuję, że jest pod wrażeniem. Muszę przyznać, że ja też. Val
stoi obok i mało nie pęknie z dumy. Właściciel stawia przed nami kosz.
- rozumiem, że to nasz ostatni dzień razem, dzieciaki... –
zaczyna i już wiem, że nas polubił, że będzie mu trochę szkoda, jak pojedziemy.
To starszy człowiek. – Dawno nie miałem gości. Czy zrobicie mi tę przyjemność...
– głos mu się łamie – i zjecie dziś razem ze mną? – w jego głosie słyszę
nadzieję – zawiozę was potem na wzgórze. Jest niedaleko. Możemy tam zaholować
samolot. I stamtąd ruszycie dalej... – tłumaczy się, jebyśmy potrzebowali
więcej argumentów.
- Jasne! – krzyczy Valien
leci na zaplecze, a po chwili wraca z prowizorycznym stołem na którym
stawia kosz. Stołki warsztatowe stawiamy obok, żeby każdy z nas miał na czym
usiąść. Siadamy i jemy w ciszy. Właściciel wstaje od stołu pierwszy, ukradkiem
ocierając łzę z oka. Podchodzi do samolotu i ogląda go z każdej strony
pocmokując z podziwem.
- Muszę przyznać, chłopaki, że wygląda imponująco. Brakuje
mu tylko jednej rzeczy. – spogląda na nas i widząc nasze zdziwione miny
kontunuuje – Widzicie... kiedyś byłem marynarzem i jedno wiem... Mianowicie, że
każdy statek musi mieć imię, i przed dziewiczym rejsem trzeba go ochrzcić... –
przygląda się nam. – to co prawda statek powietrzny, a nie morski, ale chyba
możemy nagiąć reguły – Uśmiecham się szeroko i kiwam głową, a Val pokazuje mu
dwa kciuki do góry. Właściciel podchodzi do stołu i wyciąga z kosza butelkę
szampana. – trzymałem ją na inną okazję, ale ona się już nie zdarzy. Ta, która
miała mi towarzyszyć, nie zyje... Proszę...
Tadi uśmiecha się i wstaje od stołu. Podchodzi do niego.
Bierze od niego butelkę, orzwiązuje pasek od swojej sukienki i przywiązuje to
szyjki szampana, po czym przytwierdza go do śmigła naszego samolotu. Podchodzi
do stołu kreślarskiego i bierze ołówek. Na dziobie z boku zaczyna coś pisać, a
po chwili bierze właściciela za rękę i prowadzi go, żeby pokazać mu, jak
nazwała nasz samolot. On kilka razy przeciera oczy i patrzy ze zdziwieniem to na
nią, to na napis, niemo powtarzając słowa „jakim cudem? Skąd wiedziałaś? Jak to
możliwe?”.
Zbliżamy się z Valienem, żeby zobaczyć czym właściwie
będziemy lecieć.
SIENNA – to widnieje
na boku. Starzec ociera łzy. Nie muszę pytać, wiem, że to musiała być jego
ukochana.
- Czyń honory – Val szturcha go w bok, żeby przerwać
niezręczną ciszę, wskazuje butelkę. Właściciel podchodzi, bierze butelkę i
robija ją o dziób naszego samolotu wykrzykując jego imię.
W ciszy podpinamy samolot do jego pickupa i jedziemy na
wzgórze. Jest wzgórze i jest zbocze, które się osunęło, idealny pas startowy
dla naszego samolotu. Odłączamy samolot i ustawiamy go na miejscu. Właściciel
stoi i patrzy się na nas. Ostatni uścisk ręki. Dziękujemy mu za dobre serce i
za pomoc. Tadi rzuca mu się na szyję i coś do niego szepcze. Widzę, jak ogarnia
go wzruszenie i jak przytula ją mocno i wybucha płaczem. Przez chwilę stoją we
dwoje i przytulają się do siebie. On uspokaja się pod wpływem delikatnego
głaskania Tadi. Kiedy w końcu się od niej odrywa, patrzy na nas i przez łzy
zapewnia nas, że Sienna zabierze nas tam, gdzie tylko chcemy. Wsiadamy. Ja i
Val z przodu, Tadi do tyłu. Zapinamy prowizoryczne parciane pasy i machamy mu
na dowidzenia.
Uderzam w rozrusznik, ale nic się nie dzieje. Val wybucha
śmiechem i wyskakuje na zewnątrz. Dłubie coś przez chwilę, po czym kiwa na
mnie, żebym spróbował jeszcze raz. Tym razem się udaje. Val wskakuje na
siedzenie obok mnie i ponownie zapina pasy. Śmigło zaczyna się kręcić i
jedziemy do przodu. Łapię za wolant i pcham do przodu, żeby nabrać prędkości.
Koniec wzgórza zbliża się szybko.
- Poleci? – pytam Valiena z uśmiechem. Jestem podekscytowany
i zdenerwowany jednocześnie. Samolot podskakuje na nierównym polu, poskrzypując
na każdym wyboju. Teoretycznie nie ma prawa nie polecieć. Wszystko liczyliśmy z
Valem 30 razy, ale właśnie położyliśmy na szali 3 zycia. Moja pewność siebie
spadła. Patrzę na Valiena, ale on zdaje się niczym nie przejmować – to
motocykl, nie powinien... – kończę.
Val poklepuje mnie po ramieniu, jakby chciał mnie pocieszyć,
ale niewiele to daje. Spoglądam przed siebie i zaczynam panikować. Nawet jeśli
chciałbym zawrócić, zatrzymać go, jest już za późno. Widzę po minie Ognia, że
wie. Wie, że nie mamy odwrotu.
- Z jakiegoś powodu Guzzi ma w logo orła, nie? – Valien
uśmiecha się półgębkiem i rozkłada ręce wrzeszcząc w niebogłosy, kiedy
docieramy do klifu i kończy nam się droga, Sienna nurkuje w dół. Zamykam
oczy, Val drze się jak opętany, Tadi z tyłu krzyczy na cały głos. Mi serce
skacze do gardła, szarpię wolant do siebie, kierując nos drewnianego samolotu z
sercem motocykla do góry.
Wszyscy troje, jak na komendę wydajemy z siebie okrzyk
triumfu! Zaczynam się śmiać, i spoglądam na Valiena. Jego oczy się śmieją.
Przybijamy piątkę.
- Avio Guzzi – krzyczy Ogień na całe gardło – mówiłem, że po
coś tego ptaka malowali!
Lecimy. Jutro dotrzemy na miejsce. Rozluźniam się. Tadi
zasnęła, Val okrywa ją kocem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podobało ci się? A może nie? Powiedz mi o tym!