Znowu odzyskuję przytomność, słyszę jakąś krzątaninę, ktoś
coś krzyczy, mówi, ludzie biegają, coś się tłucze, ktoś kogoś wyzywa od
idiotów, ktoś wspomina o antidotum…
Potem nastaje cisza...
Jest inaczej niż poprzednio, kiedy maszyna tak przeciągle
piszczała. Nie czuję żadnych wstrząsów, nikt nie przepuszcza przez moje ciało
prądu. Przez chwilę wszystko mnie boli, ale potem odpuszcza nagle, bo dochodzą
do mnie te uczucia, których tak strasznie mi brakowało, te, których pragnęłam i
wierzyłam, że je odzyskam, walczyłam o to, aż zabrakło mi sił, aż moje ciało
odmówiło współpracy...
Teraz osiągnęłam wszystko to, co chciałam. Teraz jestem tu,
gdzie chciałam być. Teraz wreszcie jestem szczęśliwa, szkoda tylko, że to nie
jest prawdziwe. Czuję na sobie jego dotyk, jego oddech, jego łzy płyną po moich
policzkach. To nie może być rzeczywistość, on nie płacze. Widziałam jego łzy
dwa razy i za każdym razem nie był sobą bo albo był pod wpływem chemii albo
częściowo pod wpływem hipnozy. Nic mnie nie boli, a on jest przy mnie. Jestem w
niebie.
- Jolie, nie odchodź – jego szloch tuż przy moim uchu mówi
mi, że coś jest nie tak.
Jeśli jesteśmy w niebie, razem, to czemu on płacze. Dziwne. Próbuję
się skupić na tym co czuję, na tym co mnie otacza i dociera do mnie, że wciąż
słyszę przeciągły pisk maszyny od tętna, że wciąż ciągnie mnie skóra na
brzuchu, że czuję swoje ciało tak, jakbym wciąż w nim była.
Ktoś inny mnie dotyka, kładzie palce na mojej szyi, a potem
odsuwa się szybko.
- Ona żyje! – krzyczy z niedowierzaniem.
- Nie… - głos Robina jest słaby.
- żyje, ma tętno – upiera się tamten.
Pamiętam ten głos, to mój lekarz, Jace.
- A maszyna? – Robin odsuwa się ode mnie.
Wyobrażam sobie jak rozgląda się zdezorientowany, jak
próbuje znaleźć przyczynę tego dziwnego rozdźwięku między zeznaniami Jace’a i
tym, co sugeruje maszyna.
Próbuję otworzyć oczy, przez chwilę oślepia mnie światło, a
zaraz potem mój wzrok koncentruje się na nim. Wygląda dokładnie tak, jak go
sobie wyobrażałam, jest na wpół przerażony, na w pół szczęśliwy, bo słyszy to,
co chciał usłyszeć. Rozgląda się zdezorientowany, ale nie zauważa, że na niego
patrzę, nie widzi, że się obudziłam, że jestem tu z nim.
Ściskam jego dłoń. Opuszcza wzrok i spotykam zmęczone,
udręczone spojrzenie bladobłękitnych oczu. Na jego twarzy maluje się
niedowierzanie. Unoszę z wysiłkiem kącik ust, chcę się uśmiechnąć, a on odsuwa
się. Nic nie rozumiem.
- Jace! - wrzeszczy i
odsuwa się od mojego łóżka puszczając moją dłoń, która opada bezwładnie w dół.
Jace podbiega do mnie i uśmiecha się lekko.
- Cześć Jolie. – mówi spokojnie.
Jego najwyraźniej nie dziwi to, co jest dla mnie
niezrozumiałe. Moje serce stoi, mówi o tym piszcząca przy moim uchy maszyna.
Jeśli tak jest, to jakim cudem ich widzę, jakim cudem oni widzą mnie, jakim
cudem widzę swoje ciało, jakim cudem…
Marszczę czoło.
- Jak? – pytam cicho.
Gdzieś w okolicy swoich nóg słyszę zduszony krzyk Robina,
który znowu cofa się o krok, jakby widział ducha. Jace rozgląda się przez
chwilę bezradnie, a potem zaraz uśmiecha się szeroko, pochyla się i podnosi do
góry jakieś kable. Śmieje się w głos. Ja przyglądam się mu z niedowierzaniem,
bo dalej nie rozumiem. Jace szarpie za kable i widzę, że one są podłączone do
piszczącej maszyny. Uśmiecham się lekko, a on wyłącza maszynę, żeby nie
hałasowała.
- Chyba pozrywałaś kable z tej radości, kiedy go zobaczyłaś
– kiwa głową w kierunku Robina.
Przenoszę wzrok na tego, którego kocham, a on wciąż patrzy
na mnie z niedowierzaniem. Uśmiecham się lekko i wyciągam do niego rękę. Powoli podchodzi, zbliża się do mnie
ostrożnie, jakby się bał, że zaraz rozpłynę się w powietrzu. Siada ostrożnie na
łóżku i dotyka mojej dłoni. Przeszywa mnie rozkoszny dreszcz, jak zawsze, kiedy
jego ciało styka się z moim. Jego twarz rozjaśnia się, uśmiecha się do mnie
lekko i całuje moją dłoń, ale chwilę potem pochmurnieje i patrzy na Jace’a.
- Co z trucizną? – pyta. – Udało wam się zrobić odtrutkę?
Jace kiwa głową.
- Jeanie opracowała ją prawie w całości jeszcze zanim nam
potwierdziłeś czego należy użyć. – odpowiada – Brakowało jednego składnika, ale
teraz już dostała pełne antidotum, wiesz przecież. Powinno już działać.
Robin kiwa nieznacznie głową.
- Zaraz porobimy jej badania i zobaczymy co i jak. – kładzie
mu rękę na ramieniu. – Nie martw się.
Pochyla się nade mną i pobiera mi krew do badań.
- Sprawdzimy też ile w jej krwi jest przyspieszacza wzrostu.
Wtedy będziemy w stanie określić czy zagraża to jej życiu czy nie. – przenosi
wzrok na mnie – Nie wstrzyknęła ci dużo, a to, że jesteś w ciąży tylko pomaga,
bo prawdopodobnie dużą część wchłonie dziecko. Dla niego to bezpieczniejsze niż
dla ciebie.
Kiwam głową, a Jace klepie Robina po ramieniu i odchodzi w
kierunku drzwi.
- Zostawię was teraz samych.
Rozglądam się i dopiero zauważam, że wszyscy inni gdzieś
zniknęli, że Robin i Jace byli jedynymi, którzy siedzieli przy mnie. Drzwi
zamykają się, a ja nie mam odwagi na niego spojrzeć. Tak długo na to czekałam,
a teraz nie potrafię patrzeć mu w oczy. Ja leżę plackiem a on siedzi na brzegu
mojego łóżka, nie odzywamy się, nie patrzymy na siebie, jakby powstał między
nami jakiś dziwny dystans, jakbyśmy zapomnieli kim dla siebie jesteśmy.
- przepraszam – mówimy w końcu jednocześnie i spoglądamy na
siebie.
Uśmiecham się, a on wciąż wygląda na zbolałego. Łapię jego
dłoń.
- Co się dzieje? – pytam.
- Jolie… - zaczyna – Ja… - urywa i odwraca wzrok ściągając
brwi tak, że pojawia się między nimi to charakterystyczne V, jest zdenerwowany.
Ściskam jego palce i przyciągam go mocniej do siebie, wtulam
się w jego otwartą dłoń. Siedzi tak sztywno przez chwilę, a potem odsuwa się
ode mnie.
- Ja nie… - zaczyna i znowu urywa.
Marszczę czoło i patrzę na niego zdziwiona.
- Co nie? – pytam lekko podniesionym głosem ,bo zaczynam się
denerwować.
- Nie umiem, nie potrafię, nie… - kręci energicznie głową i
zaciska powieki, jakby powstrzymywał łzy.
- Czego nie umiesz? – mój głos jest cichy, beznamiętny. –
Czego? – powtarzam wpatrując się w niego natarczywie.
- Ja…
- Co „ty”, do cholery? – puszczam jego rękę i podnoszę się
trochę na łóżku, żeby siedzieć. Wezgłowie kłuje mnie w plecy, ale nie obchodzi
mnie to. Ciśnienie mi skacze, czuję, że serce mi przyspiesza. Co on mówi? O
czym? Czego nie może?
Robin milczy, nie patrzy na mnie, tylko wykręca sobie palce
tak, że aż stawy mu strzelają.
- Robin! – warczę.
Wstaje i odchodzi ode mnie.
- Nie potrafię… - szepcze z wzrokiem wbitym we własne buty.
Nie potrafię? Po takim czasie, po tym jak na niego czekałam,
jak walczyłam, jak patrzyłam na to jak on i ona…
- Chodzi o nią? Brakuje ci jej? – te słowa palą, to mój
najgorszy koszmar wypowiedziany na głos i nagle staje się realny. Serce mi
wali, oddech przyspiesza, a ręce zaczynają mi się trząść.
Kręci głową, ale omija mnie wzrokiem. Kłamie, jestem tego
pewna, uczyli nas tego… Nie patrzy mi w oczy, kłamie.
Układam sobie to wszystko w całość.
Nie zależy mu na mnie, nie chce ze mną być, nie chce mojej
bliskości, odsuwa się. Nie chce mi powiedzieć o co mu chodzi, nie potrafi nic
wyjaśnić. Chodzi o Jelenę. Chodzi o to, że ją zabiłam, że jest zmuszony do
bycia ze mną, a nie z nią, że…
Wolę nie mysleć o niczym więcej.
- Jolie… - wyciąga do mnie rękę.
- Wyjdź! – warczę walcząc ze łzami, które nieuchronnie
napływają mi do oczu.
Robin zatrzymuje się w połowie gestu.
- Dlaczego? – pyta cicho.
- Wyjdź powiedziałam! Wyjdź i nie wracaj! Nie chcę cię znać,
nie chce cie widzieć!
- Ale… - zaczyna.
- Wynoś się! – wrzeszczę i zaciskam mocno powieki, żeby nie
musieć na niego patrzeć. Czuję jak po policzkach ściekają mi łzy. Czuję jak on
zaczyna je ocierać, ale odtrącam go, odpycham.
- Jolie… ja… - urywa, kiedy napotyka mój wzrok.
- Wyjdź, proszę… - mówię słabo – chcę być trochę sama ze
sobą…
Opuszcza rękę, odwraca się i ociągając się rusza w stronę
drzwi.
Zamykam oczy i czekam na kliknięcie zamka, na trzask, kiedy
one się za nim zamkną. Jest. Wciągam głęboko powietrze. Teraz muszę się jakoś
pogodzić z tym, ze go już nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podobało ci się? A może nie? Powiedz mi o tym!