Eve usiadła wygodnie na łóżku. Oparła się plecami o
wezgłowie, nogi zaplotła po turecku przed sobą. Nie mogła się doczekać
opowieści Marka. Chciała znać jego historię, jego przeszłość i chciała
wiedzieć, o czym mówiła Kathy. Wiedziała, że to ważne. Czuła to. Wpatrywała się
w niego wyczekująco.
Mark westchnął.
− Na pewno chcesz to usłyszeć? − zapytał pełnym bólu głosem.
− To nic przyjemnego.
− Nic gorszego od mojej historii chyba cię nie spotkało? −
Eve próbowała go zachęcić, uśmiechając się nieśmiało.
− Zobaczymy… − Jego oczy stały się niemal czarne.
Mark przez chwilę zastanawiał się, od czego zacząć. Usiadł
na brzegu łóżka, wbił wzrok w podłogę i westchnął. Eve wpatrywała się badawczo
w jego plecy. Jego zwieszone ramiona, opuszczona głowa i zbolały głos dawały
jej do zrozumienia, że nie ma się co uśmiechać. Nie będzie to historia z happy
endem.
− Muszę zacząć od początku. Od samego początku − mówił cicho
Mark. − Tobie się wydaje, że mam dwadzieścia trzy lata, prawda? W
rzeczywistości mam znacznie więcej. Mówiłem ci już w samolocie, że Zwierciadła
nie da się zabić tak jak normalnego człowieka. Ciało Zwierciadła jest jak
klatka dla jego duszy. Aby tę klatkę zniszczyć, trzeba znacznie więcej siły i
umiejętności niż ma jakikolwiek człowiek. Zabicie Zwierciadła wymaga
uczestnictwa innych Zwierciadeł, a tak naprawdę ich pewnych umiejętności.
Niektórych Zwierciadeł... Z różnych względów z naszej rodziny kwalifikujecie
się Karen i ty. Karen dlatego, że potrafi oddziaływać na dusze bezpośrednio, ty
dlatego, że jesteś niezwykle utalentowaną iluzjonistką. – Mark mówił bez przerwy,
jakby bał się, że pauza spowoduje, że już nic więcej nie będzie w stanie
powiedzieć. – Poza tym Zwierciadło może zabić ukochana osoba. Dlatego dla nas
bycie w prawdziwym związku to ogromne niebezpieczeństwo. Kiedy mówimy komuś, że
go kochamy, nasza dusza zostaje podzielona i ta jedna część staje się jego
własnością… a wtedy ta druga osoba może nas zabić… Rozumiesz? Zabijając tę
część... Zwierciadło umiera, kiedy jego oczy robią się czarne. A wtedy dusza
przez nie ucieka. To jest dla nas prawie pewny koniec.
− Dlaczego mówisz o końcu? Przecież po śmierci istnieje
życie. Przynajmniej tak wierzą ludzie − przerwała mu Eve.
− Z nami jest inaczej. Nie jesteśmy w końcu stuprocentowymi
ludźmi. Czas zatrzymuje się dla nas w momencie, kiedy nasz umysł zaakceptuje
fakt, że nie jesteśmy ludźmi. Wtedy stajemy się nieśmiertelni. Jest jednak pewna cena, jaką płacimy za
nieśmiertelność – Mark spokojnie kontynuował: − Odejście duszy to definitywny
koniec naszego istnienia. Dla Zwierciadeł po ziemskim życiu nie ma nic. Jest
pustka… Ludzie idą do nieba albo do piekła. My nie idziemy nigdzie. Nasze dusze
rozpływają się w nicość. Tyle wiemy na dzień dzisiejszy…
− Mówiłeś, że może nam to zrobić ukochana osoba? − Eve była
zszokowana tym, co usłyszała i bała się kontynuacji.
− Kristen miała zdolność manipulowania emocjami do tego
stopnia, że potrafiła wmówić ci, że ją kochasz tak skutecznie, że faktycznie
zaczynałaś ją kochać. Tak zrobiła ze mną. Byłem na każde jej skinienie, robiłem
wszystko to, co chciała. Z miłości… Kochałem ją. A przynajmniej tak mi się
wydawało. Pewnego dnia Kristen uznała, że nie jestem jej już potrzebny. − Oczy
Marka wypełniły się łzami. − A ja, głupi byłem pewien, że ona mnie kocha, że
będziemy zawsze razem. Niestety, myliłem się. Bardzo się myliłem… − głos mu się
załamywał. Robił przerwy co chwilę… Widać było, że mówienie o tym jest dla
niego trudne, ale ciągnął dalej: − Stałem się nieprzydatny, więc wyrzuciła
mnie… Byłem zrozpaczony... Moje oczy stały się całkowicie czarne, bo część
mojej duszy chciała zostać z tą, której powiedziałem, że ją kocham. Na granicy
światów zatrzymała mnie Karen. − Westchnął, po czym dokończył: − Dalej nie
wiem, jak udało mi się przeżyć. Zupełnie jakby Kristen nie zabiła tej cząstki
mnie, którą jej dałem…
− Karen? − Eveline nie mogła powstrzymać okrzyku zdumienia.
− Tak, ta Karen, którą już poznałaś. Mówiłem ci, Karen
potrafi też kontaktować się bezpośrednio z duszami. To bardzo rzadka
umiejętność. Może namówić duszę zarówno do odejścia, jak i do pozostania w
ciele. Karen zatrzymała moją duszę w ciele. Siłą. I tak z duszą błąkającą się
na granicy światów, trafiłem tu. Kathy i Karen spędziły długie godziny,
próbując mnie utrzymać po tej stronie, ale ból po odrzuceniu przez Kristen był
tak silny, że dopiero kiedy Evan pokazał mi to, co zobaczył w mojej
przyszłości, moja dusza przestała się szamotać i posłusznie wróciła do ciała.
Żeby zostać... Evan dał mi nadzieję. Powiedział, że będę jeszcze raz kochał, że
będę kochany, tym razem prawdziwą miłością… − urwał i spojrzał na Eveline.
− Jak Kristen była w stanie cię tak oszukać?
− Widzisz, Kristen była w pewnym sensie podobna do ciebie. −
Westchnął, po czym ciągnął dalej: − Też miała zielone oczy. Była iluzjonistką.
Choć mam wrażenie, że mniej utalentowaną niż ty. − Mark zakończył z lekkim
uśmiechem na ustach.
− Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobiła… − szepnęła
Eveline.
− Wiem, dlatego powiedziałem, że była do ciebie podobna w
pewnym sensie. Ty masz za czystą duszę, zbyt dobre intencje. Nie zrobiłabyś
tego nikomu. Wiem o tym. Po prostu to wiem… − Mark wziął głęboki oddech. − Co
nie zmienia faktu, że… trudno mi teraz uwierzyć w prawdziwą miłość. Dlatego z
początku broniłem się przed tym, co teraz czuję. Dlatego bałem się ciebie
dotknąć, zbliżyć się. Dlatego byłem tak ostrożny, kiedy byłem twoim
nauczycielem i kiedy byliśmy w samolocie. Wiedziałem, że drugi raz nie przeżyję
odrzucenia − głos mu się załamał, a w oczach pojawiły się łzy.
− Ale przecież nie do końca trzymałeś się ode mnie z daleka.
− Eve puściła do niego oko.
− Bo… − Mark się zawahał, miał jej powiedzieć, jak bardzo mu
na niej zależy − bo nie umiałem. Coś mnie do ciebie ciągnęło. To uczucie, kiedy
cię dotykam, ten przyspieszony oddech i mocne bicie serca. To było
uzależniające. Zaczęło się, kiedy po raz pierwszy przypadkiem się dotknęliśmy.
− Mark zamknął oczy i dodał: − Z Kristen nic takiego nie czułem, a przynajmniej
nie pamiętam... Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. I chyba dalej nie
rozumiem. − Spojrzał na nią i westchnął
lekko.
− Mark… gdybym mogła ci pomóc… − Eve zanurzyła twarz w
dłoniach i zaczęła szlochać. Chciała go przytulić, pocieszyć, ale nie
wiedziała, jak pocieszyć kogoś, komu tak okrutnie złamano serce.
− Teraz już jest dobrze. Teraz jest bardzo dobrze. Chyba
wreszcie będę mógł być szczęśliwy. − Jego głos był dużo pogodniejszy niż
przedtem, pełen nadziei. Spokojnym głosem dodał: − Teraz przepowiednie Evana
mogą się sprawdzić. Nareszcie moje krwawiące od lat serce może zostać
opatrzone. Właściwie ta rana już powoli się goi. Myślałem, że to będzie dłużej
trwało, a tym czasem… Chyba masz na mnie zbawienny wpływ.
Obrócił się przodem do niej i złapał ją za ręce, żeby
zobaczyć jej twarz. Eve spojrzała na niego zapłakanymi oczyma.
− To ciebie pokazał mi wtedy Evan w swoich wizjach. Ciebie,
Eveline. Nawet nie wiesz, ile czasu minęło, ale warto było czekać! − Mark
wplótł rękę w jej włosy i pogłaskał ją kciukiem po policzku.
Eveline poczuła, jak wypełnia ją fala szczęścia. Jej umysł
ciągle bronił się przed tym, co Mark sugerował. Miały być Himalaje, ale bez przesady.
Tak od razu? I dom, i rodzina, i szczęście, i… on? Zdusiła w sobie tę myśl i
spojrzała na Marka.
− Mark, czy mogę cię o coś zapytać?
− Tak, oczywiście…
− Dlaczego nagle okazałeś się nieprzydatny?
− Kristen oczekiwała, że odnajdzie we mnie wielką moc, która
jej się przyda. Niestety, nic takiego nie odkryła. Tak naprawdę do dziś nie
wiem, jaka nadprzyrodzona moc we mnie drzemie. Nie wiem, dlaczego Evan jest
przekonany, że Kristen miała rację. Że jeszcze sam siebie zaskoczę, że będę
jednym z najpotężniejszych Zwierciadeł. Jakoś w to nie wierzę. Jestem tu tyle
lat i nie potrafię jeszcze zamknąć swego umysłu. Nawet przed młodym Klivem… −
Mark urwał, bo zobaczył, że Eve znów się zachwiała. Przestraszony zapytał: − Co
się dzieje? Mam przestać?
− Nie, nie… chyba… chyba nic. Nic mi nie jest. Nadmiar
wrażeń. Mów dalej.
− Kristen oczekiwała, że pomogę jej zawładnąć światem. Jej
dar nie działał na wszystkich. Potrzebowała kogoś potężniejszego od siebie do
pomocy.
− Czekaj, to jej dar nie działał na wszystkich?
− To zależy od potęgi mocy Zwierciadła. − Mark wzruszył
ramionami.
− Nie wszyscy potrafią jednakowo oddziaływać. – ciągnął - Są
ludzie i Zwierciadła, które są bardziej odporne na dary niektórych. Ale to
powinnaś już wiedzieć. Przecież dar Ryana też nie działał na wszystkich, bo
wasi rodzice byli odporni.
Tak, o tym Eveline nie pomyślała. Ona oddziaływała na
wszystkich bez wyjątku, ale Ryan faktycznie miał ograniczone możliwości.
Zasmuciła ją myśl o Ryanie. Wiedziała, że nic mu nie grozi,
wyczułaby zagrożenie. Jednak siedemnaście lat spędzonych razem, podczas których
byli praktycznie nierozłączni, sprawiało, że to krótkie odosobnienie było
bardzo trudne do zniesienia. I nawet obecność Marka nie mogła całkowicie
wynagrodzić jej braku Ryana. Przytuliła się do Marka. Jej umysł ciągle się
przed tym bronił, ale jej serce przeczuwało już, że Mark może być jej bratnią
duszą, drugą połówką, jej przeznaczeniem.
Mark objął ją mocno i wtulił twarz w jej włosy. Uwielbiał
ich dotyk na swojej twarzy. Uwielbiał ich zapach. Mógłby tak stać godzinami.
„Kathy ma rację. Zakochałam się. Nic na to nie poradzę.
Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że nie jest
to jednostronne uczucie” – przekonywała samą siebie Eveline po raz kolejny,
zapominając, że Mark słyszy jej myśli.
− Nie jest jednostronne − szepnął jej na ucho tak cicho, że
Eveline zastanawiała się, czy naprawdę to usłyszała, czy tylko tak bardzo
chciała to usłyszeć.
Mark wstał, podszedł do okna i spojrzał w dal.
− Eve, czemu ty jeszcze tego nie widzisz? Myślisz, że byłbym
tu teraz, że opowiedziałbym ci to wszystko, gdybym nic do ciebie nie czuł? − w
głosie Marka dało się słyszeć zniecierpliwienie: − Co ci mówi twój wewnętrzny
głos?
− Że…, że ci na mnie zależy… − szepnęła Eveline. Podeszła do
niego, koncentrując wzrok na jakimś odległym punkcie za oknem.
− Czy kiedyś zdarzyło się, że twoja intuicja cię zawiodła –
ciągnął Mark, ewidentnie starając się nie powiedzieć niczego wprost. Uważał, że
w tym momencie jest na to za wcześnie, już raz się pospieszył z taką deklaracją.
− Nie, nigdy.
− Dlaczego więc teraz masz jeszcze wątpliwości? Twój
wewnętrzny głos ma rację. – Spojrzał na nią z taką namiętnością, że serce jej
na chwilę zamarło. Dodał: – Zaufaj mu… Zaufaj mi...
Przez chwilę stali, patrząc na siebie. Powstała niema umowa.
Obiecali sobie nie nazywać tego uczucia, dopóki nie będzie to konieczne. Oboje
się bali. Za bardzo im zależało na sobie, żeby ryzykować. Ich serca biły w tym
samym rytmie, choć może nie zawsze to widzieli, nie zawsze byli w stanie to
sobie uświadomić, ale wiedzieli, że nie mogą tego zniszczyć, czymkolwiek to
jest. Nie mogli ryzykować.
W końcu Eveline ziewnęła. Nie wiedziała, ile czasu tak stali
ramię w ramię obok siebie, czując tę niesamowitą energię, która krążyła między
nimi, i co chwilę ukradkiem na siebie spoglądając. Za oknem zrobiło się
zupełnie ciemno. Paliły się latarnie. Drzewa w Central Parku rzucały
zmiennokształtne cienie na chodniki. Wiało mocno. Na niebie widać było ciemne,
burzowe chmury. W pewnej chwili pomiędzy chmurami pojawił się wąziutki sierp
księżyca.
− Nów. Dziś wszystko zacznie się od nowa – szepnęła Eve.
Mark zbliżył twarz do jej ucha, po drodze niby niechcący
muskając jej policzek wargami.
− Tak. Dziś zaczynamy nowe życie. Oboje. – Jego szept
połaskotał ją w policzek.
Uśmiechnęła się nieśmiało. Chyba była szczęśliwa. Chciała wyciągnąć do niego ręce, ale się
zawahała.
„Czego się boisz?” – pomyślała, i objęła Marka w pasie.
Odwzajemnił uścisk.
Za oknem rozszalała się burza. Od czasu do czasu niebo
przeszywała błyskawica, a Central Park nagle oświetliło jej zimne światło.
Cudowną właściwością tego parku było to, że za każdym razem wyglądał inaczej.
Był jak żywy organizm. Z każdą sekundą się zmieniał. Eveline patrzyła na niego
zafascynowana. Nie wiedziała, czy Central Park jej się spodoba, ale cieszyła
się, że może na niego patrzeć. Ta zmienność bardzo ją odprężała.
Przez chwilę stali obok siebie, obejmując się i obserwując
szalejącą burzę. Nie przypuszczali nawet, że jest to zapowiedź tego, co ma się
wkrótce wydarzyć.
− Późno jest. Chcesz się położyć, odpocząć? – zapytał z
troską Mark, wyrywając ją z letargu.
− Tak… chyba tak… − odpowiedziała, ale zaraz po tym zmieniła
zdanie. Nie chciała, żeby Mark wychodził. Bała się, że to tylko sen, nie
chciała, żeby się skończył. Prawie krzyknęła: – NIE!
− Jeśli chcesz, zostanę przy tobie całą noc. Nie zostawię
cię samej, jeśli się boisz. – Spojrzał na nią. − Poczekaj chwilę – powiedział i
zniknął. Chwilę później wrócił z fotelem i kocem. Postawił fotel obok łóżka.
− Już mam gdzie siedzieć. Będę czuwał przy tobie całą noc.
− Nie. Musisz się wyspać, odpocząć.
− Nie muszę. – Mark się zaśmiał. – Nie muszę spać. Mogę, ale nie muszę. Nie
jest mi to do niczego potrzebne. Pamiętasz? Zwierciadła nie mogą umrzeć z
wycieńczenia. Nie ma takiej opcji. Nie pieką nas też oczy z niewyspania. Nie
ziewamy. He! Wielu rzeczy nie robimy tak jak ludzie.
− To czemu ja ziewam? Przecież też jestem Zwierciadłem, tak?
− A czemu uważasz, że to wszystko to sen? Jak myślisz? Do
twojego umysłu jeszcze nie dotarła prawda. – Naśmiewał się z niej, ewidentnie
się z niej naśmiewał i jakimś dziwnym cudem w ogóle jej to nie przeszkadzało.
Zrobiła naburmuszoną minę na pokaz.
− Bo to wszystko nie jest realne…. – Żachnęła się.
− A to, że ty tworzysz obrazy w cudzej głowie jest możliwe?
To, że rozgniewany Ryan przestawia wszystkie meble w domu bez dotykania ich
jest możliwe? To, że w samolocie zasnęłaś w ciągu sekundy, mimo że nie byłaś
zmęczona, też pewnie jest możliwe, co? – Założył ręce, jakby ją prowokował, i
czekał na jej odpowiedź. Do Eve powoli docierało, co jej powiedział.
− W samolocie? Przecież ty nie… − urwała.
− Ja nie. Masz absolutną rację. To nie ja. – Uśmiechnął się
szelmowsko.
− Karen! – krzyknęła nagle, gdy ją olśniło. – Ale przecież
ona ma inny dar…
− Ryan też ma kilka darów. I ty.
− No tak… Więc Karen…
− Karen potrafi sterować emocjami ludzi do tego stopnia, że
potrafi ich w ciągu sekundy uśpić. Jest niezwykle potężna. Robi wrażenie.
− Hmmmm… Jak mogliście mnie tak potraktować?
− Chciałaś zadać zbyt dużo pytań. Musieliśmy cię jakoś
wyłączyć. – Na twarzy Marka pojawił się zawadiacki uśmiech i miękkim głosem
dodał: – A teraz idź spać. Jutro będzie na ciebie czekała niespodzianka.
Eveline położyła się na łóżku i natychmiast zasnęła. Mark
okrył ją kocem, a sam usiadł w fotelu. Wpatrywał się w nią i rozmyślał.
Wiedział już, że Evan miał rację. Wiedział, że będzie mógł
być szczęśliwy z Eve. Wiedział, że może jej powierzyć swoją duszę, że Eve nigdy
go nie zdradzi. Nie mógł tylko pojąć, o jakich trudnościach mówiła Kathy.
Przecież wszystko szło tak gładko. On − nic nieznaczące Zwierciadło, bez
żadnych specjalnych mocy. I ona – piękna, wspaniała i jakże ważna. Obdarzona
niespotykaną intuicją, świetna kandydatka na jasnowidza, a jednocześnie
niezwykle utalentowana iluzjonistka, potrafiąca w każdym umyśle wytworzyć
niespotykane wizje.
Spojrzał na Eve i z zadowoleniem obserwował jak jej pieś
unosi się miarowo. Wiedział, że pierwszy raz od bardzo dawna śpi spokojnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podobało ci się? A może nie? Powiedz mi o tym!